Seksroboty. O pożądaniu, nauce i sztucznej inteligencji – recenzja

Jak słusznie mawiał Woody Allen: „Seks jest jak gra w brydża. Jeżeli nie masz dobrego partnera, to musisz mieć przynajmniej dobrą rękę”. Ale co, jeśli z jednym i drugim u kogoś słabo? Cóż, jedno z możliwych rozwiązań to użycie sztucznego wspomagania.

 

Zabawki erotyczne

Potrzeba matką wynalazku, więc ludzie od zarania dziejów tworzyli różnego rodzaju zabawki erotyczne: najstarszy odkryty sztuczny członek (co prawda nie wiadomo, czy faktycznie używany w takim charakterze, czy tylko służący za ozdobę lub przedmiot kultu) powstał blisko trzydzieści tysięcy lat temu – dużo, dużo wcześniej niż wynaleziono koło czy pismo, co można uznać za kolejny dowód, że priorytety naszego gatunku były i są niezmienne.

Zabawki, choć z wraz z postępem technicznym stały się nieporównanie doskonalsze, z zasady jednak pozostają substytutem ręki, a nie partnera. Przez stulecia nie było na to rady, nasi przodkowie mogli tylko marzyć o czymś więcej (i marzyli, czego przykładem choćby mit o Pigmalionie). Sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero po wkroczeniu na scenę elektroniki, pozwalającej stworzyć humanoidalne maszyny o pozorach inteligencji – czyli roboty. Niestety, długo były to pozory bardzo marne – komputery fantastycznie sobie radzą z powtarzalnymi zadaniami o ściśle zdefiniowanych regułach, ale zawodzą, gdy takich reguł brakuje, czyli w zasadzie w każdej sytuacji obejmującej bezpośrednie relacje międzyludzkie – a cóż bardziej bezpośredniego niż seks?

 

Sztuczna inteligencja

Z czasem jednak udało się nauczyć komputery rozwiązywania bardziej „rozmytych” problemów i samodzielnego uczenia się na błędach z użyciem sieci neuronowych*, dzięki czemu wizja rozumnych robotów z prawdziwego zdarzenia stała się bardziej realna – sztuczna inteligencja wprawdzie ciągle nie osiągnęła poziomu, przy którym komputer mógłby skutecznie udawać człowieka, ale powoli już się do tego celu zbliża, chatboty potrafią już całkiem sprawnie prowadzić proste dialogi – zapewne dożyjemy więc chwili, kiedy roboty zaczną nam dorównywać intelektualnie. A do uprawiania seksu wybitnej inteligencji przecież nie trzeba…

 

Czy roboty zastąpią partnerów?

Co z tego wyniknie? Najbardziej oczywiste zagrożenie to dalsza atomizacja społeczeństwa – skoro nawet partnerów życiowych mogą nam zastąpić maszyny, po co w ogóle zadawać się z ludźmi? Zresztą, czy rozpieszczeni przez roboty, będziemy jeszcze w stanie tworzyć udane związki z żywymi partnerami, którzy nie są na każde nasze skinienie i nie da się ich wyłączyć? Internet już dał nam przedsmak pierwszego problemu, a internetowa pornografia – przedsmak drugiego. Czy ludzkość uszczęśliwiona seksrobotami zachowałaby realną zdolność do reprodukcji? Niestety, autorka zadowala się tu postawieniem pytań, nie próbując zbytnio szukać odpowiedzi.

Ale to właściwie jedyny poważniejszy zarzut wobec tej książki – wszelkie pozostałe kwestie związane z seksrobotami opisuje ona szeroko i wyczerpująco: poczynając od wspomnianej historii gadżetów erotycznych, przez prace nad rozwojem sztucznej inteligencji (moim zdaniem najciekawszy rozdział), ewolucję seksbiznesu i poglądów na jego temat, społeczność iDollatorów, czyli miłośników sekslalek (co ciekawe, często wcale nie uważających ich za przedmioty stricte seksualne – niektórzy nawet w ogóle nie uprawiają z nimi seksu), wizje relacji uczuciowych między ludźmi i robotami w popkulturze, spojrzenie feministyczne i filozoficzne, kontrowersje i problemy prawne, prognozy na przyszłość…

 

Seksroboty

Tylko, paradoksalnie, o samych tytułowych seksrobotach w praktyce nie ma tu prawie nic – raptem jeden rozdział, z którego wynika, że generalnie branża jest, póki co w powijakach i niewiele poza obietnicami ma do zaoferowania, a istniejące produkty to albo nic więcej jak gadające sekslalki, albo ściema obliczona na wyciąganie kasy od inwestorów. Ale cóż, początki zawsze są trudne – wspomnijmy, jak dwadzieścia lat temu wyglądały komórki czy internet. Gdyby przyszły rozwój seksrobotów miał wyglądać równie efektownie, to aż strach się bać, co może z nich kiedyś wyrosnąć.

 

Podsumowanie

Mimo dość skromnych rozmiarów książki (300 stron niewielkiego formatu), całkiem sporo można się z niej dowiedzieć. Autorka zbadała temat wnikliwie i wszechstronnie, a opisała go bez cienia pruderii, przystępnie i rzetelnie zarazem. Z jej entuzjastycznym podejściem do seksrobotów można się zgadzać lub nie, ale z pewnością warto się zapoznać z tym, co ma na ich temat do powiedzenia.

* Mały błąd rzeczowy, który rzucił mi się w oczy: na stronie 97 autorka stwierdza, że sieć neuronowa składa się z procesorów – w rzeczywistości, jak sama nazwa wskazuje, składa się ona z neuronów. Można by oczywiście użyć osobnego procesora do symulacji każdego neuronu (np. gdybyśmy chcieli wiernie symulować biologiczne neurony), ale w przypadku prostych sieci, o których mówi książka, nie miałoby to sensu – byle jaki procesor z łatwością poradzi sobie z symulowaniem wielu tysięcy neuronów. Być może jednak jest to tylko błąd w tłumaczeniu – angielskie słowo „processor” może oznaczać po prostu jednostkę obliczeniową, a nie procesor komputerowy.

 

Kate Devlin, Seksroboty. O pożądaniu, nauce i sztucznej inteligencji. 
Wydawnictwo Dolnośląskie, 2020

 

Maciej Cichy
autor bloga o nauce, literaturze i innych ciekawych rzeczach -> LINK